„WYPŁAKANIE SIĘ” – METODA, KTÓRA KRZYWDZI

Zaskakującą sprawą jest popularność, jaką zyskała metoda typu „cry it out” („wypłacz się”). Polega ona na niereagowaniu na płacz niemowlęcia, aby nauczyć go samouspokajania się. Niejednokrotnie zdarza się, że malutkie dziecko wciąż płacze, mimo że ma suchą pieluszkę, jest nakarmione, wykąpane i jest mu ciepło. Młodzi rodzice doświadczają frustracji, nie wiedząc jak mogą pomóc swojemu maluszkowi. Wówczas gdy już zostaną wykluczone wszystkie możliwe choroby i dolegliwości, pojawia się idea, niestety pokutująca jeszcze w świecie, że łkające dziecko chce na nas coś wymusić, zaszantażować nas. Jak więc walczyć z takim małym terrorystą?

 

 

W tym miejscu z pomocą przychodzi nam wspomniana powyżej metoda. Zakłada ona, że należy pozostawić płaczące dziecko samemu sobie, by wypłakało się i zasnęło ze zmęczenia. Następnie kontynuować tego typu praktyki, aż w końcu niemowlę nauczy się, że jest w stanie samo się wyciszyć.

 

Zdawałoby się, iż jest to rewelacyjne rozwiązanie dla rodziców. Nie muszą już na zmianę kołysać, śpiewać i wozić dziecka w wózeczku, czekając aż wreszcie wspaniałomyślnie zaśnie. Oto, rozgrzeszeni przez twórców metody, kładą samotne niemowlę w łóżeczku, a sami mogą już wieczorami odpocząć, przeczytać książkę lub obejrzeć film, wmawiając sobie, że ich dziecko właśnie zdobywa kolejny poziom rozwoju emocjonalnego.

 

 

 

 

 

CO CZUJE NASZE DZIECKO?

 

 

 

Dziecko płacząc, liczy na rychłą reakcję rodziców. Niemowlę pozostawione samotnie w łóżeczku nie płacze dlatego, że nas szantażuje. Jego krzykom nie towarzyszy myśl: „A niech no ta matka nie obejrzy serialu, tylko niech lata z wózkiem, bo ja tak chcę!”. Niemowlęciu jest źle. Skoro krzyczy jest to dla niego stan zagrożenia, trudności, niepokoju.

 

Dla nas dorosłych może to się zdawać nielogiczne, ponieważ dziecko jest przecież w swoim domu, we własnym łóżeczku i nie ma żadnych szans, żeby mogła mu się stać jakaś fizyczna krzywda. Jednak jak sama nazwa wskazuje, niemowlę nie jest dorosłym człowiekiem i tego nie wie. Nie wie, że nic mu nie grozi. Nie wie nawet tego, że jak zaśnie to rano się obudzi i znowu zobaczy rodziców. To stan niepewności, a co za tym idzie towarzyszących niemowlęciu obaw. Ponadto jego umiejętności kontroli uczuć dosłownie nie istnieją, ponieważ obszary mózgu odpowiedzialne za powstawanie emocji oraz te, które są związane z ich kontrolą nie mają jeszcze wytworzonych między sobą połączeń neuronalnych. Tak więc dziecko jest w silnym stresie i w tym momencie na pomoc wzywa rodzica.

 

W przypadku stosowania metody „wypłakania się” rodzice nie zjawiają się i lekceważą potrzebę bezpieczeństwa dziecka. Dla malucha to okropne doświadczenie i powiedzmy wprost- krzywda psychiczna. Dodajmy w tym miejscu fakt, że obraz mózgu dziecka, które doświadcza fizycznego bólu jest identyczny jak takiego dziecka, które płacze pozostawione samemu sobie.

 

W skutek braku reagowania ze strony rodziców po krótszym lub dłuższym okresie czasu (w zależności od cech indywidualnych dziecka) maluch przestaje płakać. Jednak nie dlatego, że nauczył się samowyciszania. Niemowlę najzwyczajniej w świecie straciło nadzieję na reakcję ze strony rodziców i zrezygnowało z prób komunikowania swojej potrzeby. Dziecko przeżyło pewnego rodzaju odrzucenie przez rodziców i zakodowało to doświadczenie na przyszłość- zapamiętało, że nie zawsze może liczyć na pomoc z ich strony.

 

 

 

 

 

 

TRAUMATYCZNE PRZEŻYCIE RÓWNIEŻ DLA RODZICÓW

 

 

 


Warto wspomnieć też o tym, że najczęściej wprowadzenie tej metody w życie wiąże się również z dużym stresem i poczuciem winy ze strony rodziców. Musi to być naprawdę okropne uczucie, kiedy siedzimy skamieniali, zdruzgotani i ze łzami w oczach wysłuchujemy przeraźliwego krzyku naszego kochanego dzidziusia, tylko dlatego, że ktoś obiecał nam, że dziecku nie dzieje się krzywda, a wręcz przeciwnie, zyskuje nową umiejętność życiową, jaką jest samoukojenie.

 

Szczęśliwie wielu rodziców w takiej sytuacji instynktownie porzuca te praktyki i wraca do ponownego uspokajania swoich pociech. Niektórym jednak udaje się z zaciśniętymi zębami wytrwać do końca i doczekują się momentu, w którym dziecko przestaje płakać przed snem. Wówczas są przeszczęśliwi: ich dziecko już się nie boi. Czy to aby na pewno prawda?

 

 

 

 

 

MALUTKIE DZIECKO W DUŻYM STRESIE

 

 

 

Jeśli chodzi o obiecywane uspokojenie się dziecka, to tak naprawdę nic takiego się nie zdarzyło. Owszem, niemowlę przestało wołać o pomoc, jednak jego lęk jest wciąż obecny. Podczas przedłużającego się płaczu dziecka, w jego krwi rośnie poziom hormonu stresu- kortyzolu. Badania dowodzą, że w przypadku metody „wypłakania się” stężenie kortyzolu utrzymuje się na wysokim poziomie, nawet gdy dziecko już zrezygnowało z nawoływania matki. Długotrwale (lub cyklicznie) wysoki poziom kortyzolu we krwi wpływa na obniżenie skuteczności układu odpornościowego (dziecko może częściej chorować). Ponadto warto uzmysłowić sobie, że długotrwałe praktyki tego typu, mogą skutkować uszkodzeniem mózgu w obszarach związanych z pamięcią i regulowaniem emocji (wysoki poziom kortyzolu uszkadza połączenia neuronalne). Tak drastyczne skutki niesie ze sobą słynna metoda „cry it out”.

 

 

 

 

 

 

ZAPOBIEGAJMY OKALECZENIU EMOCJONALNEMU W KOŁYSCE

 

 

 

Starajmy się zatem, żeby nie odmawiać naszym dzieciom bliskości. Jestem pewna, że żaden z rodziców nie zafundowałby swojemu smykowi takiego poziomu stresu oraz poczucia odrzucenia, gdyby od początku zdawał sobie sprawę na czym metoda „wypłakania się” faktycznie polega.

 

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że wiele osób, mimo wiedzy o szkodliwości tego „sposobu na usypianie dzieci”, wciąż będzie ją praktykowało, zasłaniając się brakiem czasu, zmęczeniem i chęcią chwili odpoczynku. Decydując się na stosowanie tej metody miejmy na uwadze fakt, że nawet jeśli okaże się ona skuteczna, a dziecko już nie popłakuje przed snem, to jednak ono wciąż się boi, jest w ciągłym stresie, mimo że już nie krzyczy. Ponadto jeszcze uczy się, że nie może liczyć na własnych rodziców w sytuacji dla niego trudnej.

 

Wiem z doświadczenia jak wiele wysiłku trzeba włożyć w opiekę nad niemowlęciem, a moment usypiania dziecka bywa często kulminacyjny i potrafi się przeciągać do późnych godzin nocnych. Moim zdaniem warto jednak odmówić sobie kolejnych godzin odpoczynku na rzecz komfortu psychicznego i zaufania swojego dziecka.

 

 

 „Miłością jest… przemierzanie pokoju w nocy, aby kołysanką i ciepłymi słowami utulić ciebie płaczącego wtedy, kiedy całe moje ja pragnie odpocząć”.

-Marion Stroud-

 

 

Optymistycznym akcentem niechaj będzie fakt, iż istnieje kilka zasad, które pomagają rodzicom w szybszym uśpieniu swojej pociechy, nie powodując jednocześnie traumy u dziecka i rodzica. Wpis na ten temat niebawem ukaże się na blogu.


Zdjęcia pobrane z portali morguefile.com oraz pixabay.com. Autorzy: joffi, hotblack, Amourgirl, GaborfromHungary.

Post Author: admin

4 thoughts on “„WYPŁAKANIE SIĘ” – METODA, KTÓRA KRZYWDZI

    Ania

    (Listopad 27, 2017 - 8:57 am)

    Znam te metode od znajomej,opowiadala o niej bardzo optymistycznie, jak to jej coreczka sama po kilku przeplakanych wieczoraj w koncu zasypia sama.Bylo mi glupio bo zawsze bylam przy usypianiu synka, nie potrafilabym go zostawic takiego wolajacego pomocy.Teraz juz wiem ze to byl dobry wybor.

    admin

    (Listopad 27, 2017 - 1:34 pm)

    Zdecydowanie, Pani Aniu. 🙂 Widać instynkt macierzyński Pani nie oszukał. Pozdrawiam serdecznie. 🙂

    Agnieszka

    (Luty 13, 2018 - 8:36 pm)

    Nigdy nie stosowałam tej praktyki wychowawczej. Mam 6 synów w wieku 14 9,7,4,2 lata oraz 1 miesiąc. Za każdym razem,kiedy to któreś z nich chociaż leciutko poplakiwalo ja czy mąż byliśmy od razu przy nich.

      admin

      (Luty 19, 2018 - 12:08 pm)

      Witam, Pani Agnieszko.

      Dzięki temu Pani synowie czuli się bezpiecznie. Zazwyczaj instynkt rodzicielski podpowiada nam właściwe rozwiązania. 😊

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *