CAŁA PRAWDA O „HIGH NEED BABIES”

Twoja koleżanka znowu wspominała, że jej córeczka przesypia całe noce już od trzeciego miesiąca życia, podczas gdy Wasz półroczny synek budzi się w trakcie jednej nocy średnio jakieś dwadzieścia trzy razy.

Znajoma dzwoni w trakcie spaceru ze swoim maluszkiem, aby zapytać co u Ciebie słychać, ale szybko rezygnuje i rozłącza się, słysząc po drugiej stronie słuchawki nieustanny płacz Twojego dziecka, który wciąż przybiera na sile, mimo, że już od dwóch godzin kołyszesz go w ramionach.

Jeśli jakimś cudem masz akurat ułamek sekundy na rzucenie okiem na telewizor, z rozrzewnieniem oglądasz reklamy telewizyjne, przedstawiające słodkie bobasy, rozkosznie roześmiane podczas zabawy grzechotką. Widząc te, śpiące bezgłośnie w pastelowych kołyskach, przełykasz tylko smak goryczy.

Twoja mama mówi wprost, że to niemożliwe, aby jej wnuczek był taki, bo Ty ani Twoje rodzeństwo nie robiliście jej takich „cyrków” – może jest chory albo wdał się w zięcia? Teściowa z kolei z wyższością tłumaczy Ci, że jesteście zbyt pobłażliwi i powinniście zacząć lekceważyć marudzenie malucha, ucząc go samodzielności.

 

 

 

 

Dobrze wiesz, że nie powinnaś pozostawiać płaczącego dziecka samemu sobie (jeśli nie wiesz, to zajrzyj TUTAJ). Jednak podpuchnięte oczy, nieprzerwany ból kręgosłupa oraz bezradność, której na co dzień doświadczasz, popychają Cię do przykrych refleksji. Może jesteście niekompetentnymi rodzicami? Może nie potraficie dać dziecku takiej opieki, jaką zapewnia swoim maluchom większość rodziców na świecie? A może to z Waszą pociechą jest coś nie tak? Jest złośliwa? Nieprzebłagana? Manipuluje Wami?

 

 

Nic z tych rzeczy. Możesz spokojnie zdjąć ciężar ze swojego serca i odetchnąć z ulgą. Zaraz po tym zapraszam Cię do świata „high need babies”, czyli dzieci wysoko wrażliwych. To świat Twojego dziecka. To Wasz świat.

 

 

 

 

 

 

SKĄD WIEMY O „HAJNIDACH”?

 

 

„High need babies” (tłum. „dzieci o wysokich potrzebach”, „dzieci wysoko wrażliwe”), w Polsce potocznie zwane „hajnidami” to dzieci, które potrzebują więcej. Więcej Ciebie, więcej uwagi, więcej wysiłku, więcej bliskości, więcej karmienia, więcej kołysania… Są to po prostu dzieci, które wymagają więcej szeroko pojętego zaangażowania ze strony rodziców (a najlepiej także innych osób, ale o tym później).

 

Termin ten został stworzony przez Marthę i Williama Searsów, którzy są znani jako twórcy nurtu wychowawczego, zwanego rodzicielstwem bliskości. W swoich obserwacjach dzieci, odnotowali takie ich cechy i modele zachowań, które wyróżniały grupę maluchów na tle ich rówieśników, świadcząc o ich podwyższonej wrażliwości na bodźce ze świata zewnętrznego. O co dokładnie chodzi?

 

Generalnie rzecz ujmując, każdy z nas ma jakiś próg wytrzymałości na stymulację ze środowiska. Niektórzy ludzie wracają skrajnie wyczerpani nadmiarem wrażeń już z kilkugodzinnego pobytu w galerii handlowej. Najchętniej wskoczyliby wówczas w swojej ulubionej piżamie do łóżka w pokoju, w którym panuje półmrok i całkowita cisza. Inni z kolei potrzebują dużo mocniejszych bodźców, aby osiągnąć taki stan „przebodźcowania”, a jeszcze inni sami z siebie bardzo chętnie poszukują coraz to nowych, silnych wrażeń, które rzadko kiedy wywołują u nich potrzebę wyciszenia się.

 

 

 

Podobnie jest z dziećmi. Istnieją maluchy, które zasypiają same już w kilka tygodni po narodzinach, w nawet najbardziej ekstremalnych warunkach, chętnie bawią się same, jedzą podręcznikowo co trzy – cztery godziny, lubią nowości w otoczeniu, a kontakt fizyczny z rodzicem w zupełności wystarcza im w takiej dawce, w jakiej fundują mu go mama i tata. Są także niemowlęta, które do uśnięcia potrzebują więcej bliskości rodzica lub kołysania w wózku, ciszy i szczelnie zasłoniętych roletami okien oraz wprowadzenia odpowiednich rytuałów. W chwilach aktywności potrafią przez chwilę zająć się kolorową zabawką, jednak preferują wspólny czas z rodzicami, jedzą trochę częściej niż przewiduje norma i trzeba dawkować im zmiany w środowisku, żeby uniknąć rozdrażnienia i przemęczenia maluchów. Są także hajnidy. Hmm… Jedną z ich kluczowych cech jest nieprzewidywalność, dlatego ciężko byłoby upchnąć je w jakiekolwiek schematy. Spróbujmy jednak przyjrzeć się im bliżej.

 

 

 

 

 

 

AKTYWNOŚĆ W CIĄGU DNIA

 

 

Dzieci wysoko wrażliwe przez większą część dnia płaczą lub wrzeszczą. Czasem jęczą lub kwękają, ale należy to do rzadkości i jest dla rodziców chwilą „ciszy i spokoju”. Niezbyt często skutkuje (a jeśli nawet to tylko na krótką chwilę) wówczas rodzicielskie śpiewanie, tańczenie, żonglowanie piłeczkami, lewitowanie pod sufitem, czy stawanie na rzęsach – dziecko wydaje się być niezaspokojone. Jedyne ukojenie stanowi dla niego bliskość rodzica, który powinien tulić je non stop w ramionach i kołysać, ale NA STOJĄCO!

 

Rodzice hajnidów dobrze wiedzą o czym mówię – nawet gdy ilość decybeli płaczu maleństwa zmniejszyła się pod wpływem naszych półgodzinnych tańców przy dźwiękach „Kaczuszek” (oczywiście z nim w ramionach), wystarczy ułamek sekundy, w którym nasze pośladki spróbują dotknąć fotela lub kanapy, a cała dziecięca histeria zaczyna się na nowo. Niektóre hajnidy sprawiają wrażenie, jakby były w stanie czytać rodzicom w myślach – wystarczy, że mamusia lub tatuś pomyślą o tym, aby na chwilę usiąść, a dziecko natychmiast zasygnalizuje im głośnym wrzaskiem, że absolutnie nie wchodzi to w grę.

 

Dzieci wysoko wrażliwe zazwyczaj nie tolerują wózków. Całe szczęście niektóre z nich akceptują chustonoszenie, które może okazać się zbawienne dla rodziców, pozwalając im na wykonywanie niektórych z życiowych aktywności, nie odkładając przy tym swojego wymagającego dzidziusia.

 

Albowiem dzieci wysoko wrażliwe są często określane jako nieodkładalne. Odłożenie małego hajnida do łóżeczka lub na matę edukacyjną, a czasem tylko nawet podjęcie takiej próby, kończy się głośnym protestem z jego strony. Nieważne jak wiele kolorowych zabawek czy pozytywek byśmy mu zapewnili, nic nie jest w stanie zastąpić rytmicznego kołysania w ramionach ukochanego rodzica ani zabawy z jego udziałem.

 

 

Jeśli bowiem chodzi o zabawę, dzieci „high need” potrzebują stuprocentowego zaangażowania się w nią jednego ze swoich rodziców. Żadna mama hajnida nie wie co znaczy enigmatyczne wyrażenie „czasami dziecko zajmuje się same sobą”.

 

Nieukojony płacz dziecka o wysokiej wrażliwości pojawia się bardzo często i niespodziewanie. Wiele rzeczy, na które nie zwrócilibyśmy nawet uwagi, stanowi dla niego tak duży dyskomfort, że natychmiast reaguje głośnym krzykiem. Przyczyną może być zapalona lampka nocna, pokasływanie sąsiada zza ściany, odłożenie dziecka na pięć sekund do łóżeczka, zbyt ciepła/zbyt zimna/zbyt letnia dla dziecka woda w kąpieli. Jednym słowem: wszystko, a zwłaszcza to, czego nie jesteśmy w stanie przewidzieć.

 

 

 

 

 

 

KARMIENIE I SEN

 

 

Zapotrzebowanie na karmienie u dzieci wysoko wrażliwych nie jest objęte żadnymi ramami czasowymi. Przez pierwsze miesiące jest ono zazwyczaj permanentne i maluszek potocznie mówiąc „wisi na cycu” niemalże całą dobę lub co godzinę domaga się butli. Karmienie co trzy godziny odchodzi do krainy niespełnionych marzeń mam małych hajnidów.

 

Usypianie dziecka wysoko wrażliwego przypomina pracę sapera – jeden niewłaściwy ruch i czeka nas wybuch… płaczu, rzecz jasna. Podobnie, jak w trakcie codziennej aktywności dziecka, tak i w przypadku układania go do snu, trzeba dać z siebie 100 % zaangażowania i to oczywiście tańcząc na stojąco z maluszkiem w ramionach. Ewentualnie trzymając go przy piersi. I wtedy też najlepiej tańczyć na stojąco. Gdy dziecko już zaśnie najlepszą opcją jest utrzymanie przyjętej przez nas pozycji. Czy tańczymy, czy leżymy z hajnidem przyczepionym do piersi, niemałe ryzyko podejmiemy,chcąc odłożyć go do wózka czy łóżeczka. Zmiana pozycji, uniesienie do góry dziecka, najprawdopodobniej spowoduje jego natychmiastową pobudkę i kolejną dawkę płaczu. Jeśli natomiast wybierzemy opcję ewakuacji z łóżka, na którym udało nam się uprzednio ułożyć wraz z dzieckiem, musimy być wyjątkowo ostrożni – malucha może obudzić skrzypnięcie sprężyny, nasze westchnięcie, a nawet ruch powietrza, towarzyszący naszej ucieczce (nie zapominając o klasycznym „strzelaniu” w kolanie).

 

 

 

 

Kiedy jednak uda nam się uśpić hajnida, musimy liczyć się z tym, że jego sen jest wyjątkowo płytki. Maluch wybudza się w nocy wielokrotnie, bez wyraźnej przyczyny. W ciągu dnia drzemki są bardzo nieregularne – zazwyczaj trwają kilkanaście minut do pół godziny. Rzadko kiedy potrafią przeciągnąć się nawet do dwóch godzin. Jest to jednak na tyle nietypowa sytuacja, że rodzice hajnida zaczynają wówczas podejrzewać, iż ich pociechę dopadła jakaś choroba.

 

Na domiar złego niemal niemożliwym jest wypracowanie sobie systemu uspokajania dziecka „high need”. Maluchy o tych cechach są bowiem nieprzewidywalne. Dziś udało Ci się uspokoić dziecko przy dźwiękach muzyki klasycznej? Jutro może zareagować głośnym płaczem już na pierwsze akordy tego samego utworu. Od trzech tygodni wycisza się zamotany w chustę? Niewkluczone, że za jakiś czas nie pozwoli się nawet w niej ulokować. Jest to tym bardziej frustrujące dla rodziców, którzy mają wytrącone z ręki wszystkie możliwe metody radzenia sobie z maluszkami. Żadne strategie, polecane w artykułach czy książkach psychologicznych, nie znajdują zastosowania w przypadku ich dziecka i równie dobrze można je po prostu spalić.

 

W związku z tym rodzice, pozbawieni poczucia kontroli nad swoim procesem wychowawczym, zaczynają doszukiwać się problemu w samych sobie lub w swoim dziecku. Dlatego tak ważne jest, aby uświadamiać ich o tym, że to nie jest żadne zaburzenie czy defekt, ani tym bardziej żadna złośliwość ze strony malucha, a jedynie kwestia dziecięcego temperamentu.

 

 

 

 

 

 

PERSPEKTYWA DZIECI WYSOKO WRAŻLIWYCH

 

 

Dziecko „high need” jest takie z powodu układu nerwowego,o niskim progu wrażliwości na bodźce z otoczenia. W brzuszku u mamy było mu cieplutko i spokojnie. Dobiegały do niego odgłosy bicia serca mamy i szumy, wydawane przez płynącą w jej żyłach krew. Dźwięki ze świata zewnętrznego były przyjemnie ciche – wytłumione przez warstwy maminej skóry oraz wody płodowe. Na dodatek przez większość czasu było rytmicznie kołysane (wtedy, gdy mama się poruszała).

 

Nagle jednak, po niemałym wysiłku, jakim jest przeciskanie się przez kanał rodny (lub po nagłym i niespodziewanym wyciągnięciu go z macicy w trakcie cesarskiego cięcia), znalazło się w miejscu, w którym jest NIESAMOWICIE głośno. Zewsząd oślepia go też przeraźliwie jasne światło. Towarzyszą mu jeszcze przeróżne, dziwne i drażniące nozdrza zapachy, a na domiar złego przestano go kołysać. No i gdzie jest mama?? Gdzie jej bicie serca? Gdzie jej głos??? RATUNKU!!!

 

 

 

Musimy pamiętać, że „high need babies” są dużo bardziej wrażliwe na bodźce z otoczenia i w przeciwieństwie do swoich rówieśników, nie potrafią odnaleźć się w nowym świecie. Jedynym ukojeniem jest częściowe odtworzenie warunków życia płodowego. Minimum dźwięków z zewnątrz, przygaszone światło, bliskość mamy lub taty, ich zapach i bicie serc, a także ton głosów, znanych z maluchowi z wewnętrznej strony brzucha mamy sprawiają, że odzyskuje on choć cząstkę tego bezpiecznego środowiska, za którym tak bardzo tęskni. No i nade wszystko kołysanie. Zbawienne kołysanie. Rzecz jasna na stojąco, bo mama najlepiej kołysała go w brzuszku podczas chodzenia.

 

 

 

 

 

 

PROBLEM RODZICIELSKI

 

 

Pomimo tego, że jako rodzice zrozumiemy już dlaczego nasze dziecko jest takie wyjątkowo delikatne i przestaniemy niesłusznie obwiniać o to maluszka i samych siebie, to wciąż będziemy borykać się z wieloma trudnościami, jakie z tego wynikają.

 

 

Bezradność

 

Wciąż bowiem jesteśmy bezbronni wobec wysokich wymagań naszej pociechy. Nie sprawimy bowiem, że wiatr na spacerze będzie ciszej szumiał ani nie unikniemy konieczności choćby chwilowego odłożenia dziecka do łóżeczka, przynajmniej na czas naszej wizyty w toalecie. Mimo, że zrobiliśmy wszystko, aby na takie trudne dla niego sytuacje, dziecko miało przy sobie przytulankę, kocyk, ulubiony kubek, pozytywkę, projektor, grzechotkę, bluzkę mamy, zdjęcie taty i czym tam jeszcze jesteśmy w stanie je zaasekurować, ono wciąż i nieprzerwanie płacze. Ten płacz rozrywa nam czaszkę i sprawia, że mózg eksploduje nam na miliony kawałków. Przy tym krwawi nam jeszcze serce, gdyż mamy świadomość, że nie jesteśmy w stanie uspokoić naszego malucha. Bezradność i cierpienie, jakie ona ze sobą niesie, są często doświadczane przez rodziców „high need babies”.

 

 

 

Przemęczenie

 


Oczywiście codzienne, długotrwałe tańce z kilkukilogramowym niemowlęciem na ręku, skutkują nie tylko większymi bicepsami i tricepsami, ale również nieustannym przemęczeniem. Niewyspani, zmęczeni, zboleli rodzice często znajdują się na skraju wyczerpania nie tylko fizycznego, ale także nerwowego.

 

 

 

 

Dobre rady innych

 

Ostatnie czego potrzebują rodzice hajnidów to dobre rady innych ludzi, którzy nigdy nie mieli kontaktu z dzieckiem wysoko wrażliwym. Tłumaczą oni jak wprowadzić dziecku rytuały, jak oduczyć je nocnego karmienia, dlaczego należy być konsekwentnym w wychowywaniu i rzucają innymi radami, nie wiedząc, że rodzice „high need babies” już dawno o nich wiedzą. Zazwyczaj już po pierwszych kilku tygodniach opieki nad swoim hajnidem mają oni przekopane setki porad, artykułów i książek. Problem w tym, że żadna z tych złotych rad nie zadziałała na ich dziecko. Są tym załamani i w związku z tym ich najbardziej życzliwi i pomocni znajomi dolewają tylko oliwy do ognia, opowiadając jak to ich aniołki opanowały taką to a taką umiejętność dzięki jakiejś poradnikowej, cudownej metodzie.

 

 

Ciężko nie wspomnieć też o lekkości w ocenianiu, jaką posiadają niektórzy ludzie. Nie zdają sobie oni chyba sprawy jak bardzo krzywdzą rodziców hajnidów, opisując ich jako „złych, niepotrafiących zadbać o dziecko”. Takie słowa potrafią przeniknąć wprost do zmęczonego i bezradnego rodzicielskiego serca, które tak bardzo kocha, a tak mało może w takiej sytuacji zmienić. Słowa ostrej krytyki potrafią dobić i sprawić, że rodzic sam zaczyna oceniać siebie jako beznadziejnego w swej roli. A to wszystko po tym jak od kilku miesięcy nie spał więcej niż dwie godziny pod rząd, za każdym razem odtańczywszy uprzednio cztery godziny „Boogie Woogie” ze swoim dzieckiem na rękach.

 

 

 

Spadek poczucia własnej wartości

 

Zmęczenie, deficyt snu, ból mięśni, bezradność i krytyka ze strony otoczenia powodują, że rodzic zaczyna umniejszać swoją wartość. Ponadto brak czasu na cokolwiek, często sprawia, że nie ma on czasu zadbać o swój wygląd czy relaks. Uciemiężenie, zdołowanie i skrajne wyczerpanie prowadzą często do spadku samooceny. Rodzic zaczyna myśleć o sobie negatywnie i często przesuwa na siebie poczucie odpowiedzialności za zaistniały stan rzeczy, który aktywuje w nim silne wyrzuty sumienia i proces samoobwiniania się. Jeśli w żaden sposób nie zainterweniujemy może zakończyć się to depresją lub nerwicą.

 

 

 

Osłabienie relacji partnerskich

 

Tak jak w piosence Bajmu „nie masz czasu na sen, nie masz czasu na seks, wciąż od życia chcąc więcej”. Z tymże tutaj akurat to Twoje dziecko chce więcej, a cała reszta cytatu się zgadza. Rodzice hajnidów nie mają czasu na pielęgnowanie własnej relacji partnerskiej. Podczas gdy niemożliwie absorbujący mały człowiek pochłania nas w całości, nawet zwykłe rozmowy małżeńskie schodzą na dalszy plan, nie wspominając już o sferze intymnej.

 

Ponadto na skutek „zszarpanych” nerwów i narastającej frustracji, między partnerami często dochodzi do przepychania między sobą odpowiedzialności za reakcje dziecka, np. „Gdybyś nie przekręcił tego klucza w drzwiach to mały pospałby może nawet pół godziny!”, „On jest taki, bo Ty jesteś dla niego za miękka!”, „Po co tak głośno oddychasz? Przez ciebie płacze!”. Bez odpowiedniej pracy nad komunikacją w związku oraz ściągnięcia poczucia winy z obojga rodziców, może okazać się, że trudności rodzicielskie bardzo szybko pociągną za sobą silny kryzys w relacji między mamą a tatą hajnida.

 

 

 

 

 

 

POMOC DLA DZIECKA I RODZICÓW

 

 

Na wstępie warto udać się z dzieckiem do specjalistów, którzy wypowiedzą się na temat jego zdrowia i sposobu funkcjonowania. Oprócz lekarza pediatry dobrym pomysłem jest konsultacja u neurologa, psychologa oraz diagnosty zaburzeń integracji sensorycznej. Dzięki ich wskazówkom możemy sprawić, że życie z wymagającym maluchem będzie choć trochę łatwiejsze.

 

Jeśli chodzi o Was, drodzy rodzice hajnidów, to przyda Wam się przede wszystkim wsparcie. Jest to szeroko rozumiane pojęcie i właśnie tak należy je traktować. Korzystajcie i sami szukajcie każdego rodzaju wsparcia.

 


Wasi rodzice chcą popilnować małego hajnida przez kilka godzin? Świetnie – potraktujcie to jako okazję do beztroskiego snu lub relaksującej kąpieli – najlepiej poza domem (możecie iść do rodziców, gdy oni pilnują dziecka u Was lub zawieźć malucha do nich, zamieniając na chwilę swoje mieszkanie w królestwo ciszy i spokoju ;)). Rodzice nie proponują pomocy? Poproście ich o nią lub znajdźcie kogokolwiek innego, kto byłby w stanie wyręczyć Was choćby przez kilka godzin w tygodniu. Wasza rodzicielska duma na tym nie ucierpi, a zyskacie przynajmniej częściową regenerację ciała i psychiki. Świetnie by było, gdyby czasami udało Wam się zorganizować małżeńską/partnerską randkę – zdecydowanie poprawi to Wasze relacje (uwaga: pod warunkiem, że wcześniej trochę sobie odeśpicie). 🙂

 

 

 

Jeśli nie ma takiej możliwości, aby liczyć na wsparcie z zewnątrz to podzielcie się „dyżurami bojowymi”, tak aby kilka godzin w tygodniu każdy z Was mógł spędzić poza domem, delektując się błogą ciszą, brakiem zmartwień, śpiewem ptaków, itp. W tym celu ten drugi rodzic będzie musiał zacisnąć zęby i samotnie opiekować się Waszym maleństwem, ale w nagrodę wkrótce sam doświadczy odrobiny ciszy i spokoju, gdy nastąpi zamiana ról. Taki system jest zdecydowanie bardziej komfortowy dla Waszej psychiki niż ciągła, wspólna opieka nad hajnidem. Możliwość regeneracji organizmu, a co ważniejsze „przewietrzenia głowy” sprawi, że podejdziecie do sprawy z większym dystansem i nowymi pokładami cierpliwości i zaangażowania.

 

Pomocne jest także wsparcie psychiczne ze strony zaufanych przyjaciół. Mówiąc zaufanych, mam na myśli takich, którym możecie śmiało powiedzieć jak bardzo macie czasami wszystkiego dosyć i jak mocno chcielibyście rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady (a jeśli mieszkacie w Bieszczadach to byle dalej stąd!). Takich, przy których możecie, bez obawy o miażdżącą krytykę z ich ust, zrzucić na chwilę maskę idealnego rodzica i po ludzku ponarzekać na to jak Wam ostatnimi czasy ciężko i źle. Takie rozmowy mają siłę „katharsis” i pozwolą Wam zresetować myśli, wyrzucając choć na chwilę z głowy całe cierpienie, lęk, frustrację i poczucie bezsilności.

 

Jeśli czujecie, że jest Wam potrzebna porada specjalisty, nie wahajcie się i wybierzcie się na wizytę do psychologa, któremu znany jest termin „high need baby” i nurt rodzicielstwa bliskości. Z pewnością będzie on w stanie zapewnić Wam odpowiednie wsparcie, a może przy okazji podpowiedzieć Wam też kilka wskazówek, dostosowanych akurat do Waszego hajnida.

 

Świetnym pomysłem jest znalezienie innych rodziców, którzy znają Wasz problem od podszewki. Rodzice „high need babies” mogą wzajemnie wymieniać się doświadczeniami, metodami, które pomagają im w opiece nad swoimi maluszkami oraz zwyczajnym zrozumieniem. 

 

 

 

 

 

 

CZY TO NIE JEST ZWYKŁA WYMÓWKA?

 

 

„High need babies” nie znajduje się obecnie w medycznych klasyfikacjach chorób i zaburzeń. Nie znajdziemy tego terminu ani w ICD-10, ani w DSM-IV, a co za tym idzie żaden specjalista nie jest w stanie postawić diagnozy „High need babies”. Jesteśmy jednak w stanie zaobserwować cechy charakterystyczne dla tej podgrupy dzieci i podjąć kroki, które mogą ułatwić rodzicom opiekę nad swoimi pociechami oraz pomóc im pogodzić się z ich wyjątkowością.

 

Tak jak w przypadku innych terminów psychologicznych, określających pewne nieprawidłowości i zaburzenia rozwoju, tak i w przypadku „high need babies”, możemy spotkać się z głosami sprzeciwu, zwłaszcza, że termin ten nie ma jeszcze zastosowania w diagnostyce medycznej. Jednak argumenty, które w swoim założeniu, miałyby powalić ów definicję na łopatki, tak naprawdę nie mają większego znaczenia.

 

W przypadku „high need babies” nie szufladkujemy dzieci, zwalniając ich z potrzeby wprowadzenia zmian w swoje zachowanie. Zresztą są one jeszcze na tyle malutkie, że potrafią jedynie podążać za pojawiającymi się aktualnie potrzebami, a jakakolwiek świadoma zmiana nie wchodzi w grę.

 

„High need baby” nie jest też formą oceny, wiążącą się z podziałem na dzieci lepsze lub gorsze – hajnidy są po prostu inne, o wyjątkowych wymaganiach, które przecież nie rzutują w żaden sposób na ich wartość.

 

Poprzez stwierdzenie u dziecka cech „HNB” nie zwalniamy jego rodziców z konieczności ciągłego wysiłku, starań i zaangażowania w proces wychowawczy, a jedynie zdejmujemy z ich barków niepotrzebny i szkodliwy ciężar poczucia winy, które sami sobie (czasem z pomocą innych ludzi) przypisali. „Odczarowujemy” również w ten sposób ich maleństwo, które przestaje być w ich oczach złośliwym manipulatorem, stając się na nowo bezbronnym, potrzebującym pomocy dzieckiem, które ma po prostu większe problemy z odnalezieniem się w otaczającej go rzeczywistości niż jego rówieśnicy. Prawda, że wówczas łatwiej będzie się dla niego starać, poświęcając swoją wygodę, komfort i godząc się na permanentny deficyt snu? A przecież właśnie o to nam chodzi, bo tylko dzięki dobrej relacji między rodzicem a dzieckiem ma szanse zrodzić się ta jedyna, niepowtarzalna więź, która będzie owocować przez resztę naszego życia. Tego Wam i Waszym pociechom z całego serca życzę.

 

 

Jeżeli ten wpis Ci się spodobał, polub go lub udostępnij na Facebooku, pozwalając mu dotrzeć do większej liczby osób. 🙂

 

 

 

 

 


Zdjęcia pobrano z portali pixabay.com, morguefile.com oraz unsplash.com. Autorzy: greyerbaby, Tara Raye, Jenna Norman, hogg, Alex Hockett, rickey123, geralt, Toa Heftiba, smpratt90.

 

Post Author: admin

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *